Serwis boso.waw.pl szuka bosochodzących do współpracy.

Jeżeli chcesz razem współtworzyć stronę, wystarczy się zarejestrować na forum.
Zakres i tematyka współpracy:
- tworzenie artykułów (w formie poradnika) na podstawie własnych bosych doświadczeń
- przesyłanie własnych bosych historii.
- opracowanie bosych tras w Waszych miastach -uwzględniając przy tym rodzaje podłoża
- tłumaczenia serwisu

Sugestie mile widziane.
Współpraca może być jednorazowa lub stała.

 

Strona główna

Małgorzata na bosaka

Chodzę boso i dotąd było to dla mnie oczywiste. Nie myślałam, że kiedykolwiek zdarzy mi się o tym szeroko dyskutować, czy o tym pisać. Tak było do czasu, gdy w portalu „grono.net” natrafiłam na grono chodzących boso. Może nawet bym się nim bliżej nie zainteresowała, gdyby nie fakt, że właśnie przed komputerem siedziałam na bosaka.


Boso chodziłam jako dziecko. Nie tylko ja. Po moim rodzinnym domu boso chodziły dwie moje siostry, boso lubiła chodzić mama. Może dlatego była dla nas taka wyrozumiała, podczas gdy inne mamy, w obawie przed przeziębieniem, raczej pilnują by ich pociechy zakładały kapcie. Teraz, kiedy jest starsza, częściej ubiera w mieszkaniu pantofle.

Dziś mam własną rodzinę i odziedziczony po dziadkach dom. Bardzo ciepły, budowany jeszcze według starych technologii, z grubymi ścianami, a do tego dodatkowo ocieplony. Po takim domu można chodzić na bosaka nawet wtedy, gdy na zewnątrz trzaska mróz.

 

Gdzieś głęboko w szafce z butami leżą sobie moje domowe pantofle. Piękne, błękitne, miękkie, na koturnikach. Mają już kilka lat, a wyglądają jak prosto ze sklepu. Leżą sobie w towarzystwie kilkunastu par różnokolorowych japonek, które – mimo, że nie jestem już w wieku w którym jest się podatnym na najnowsze trendy młodzieżowej mody – bardzo chętnie noszę. Ale pantofle drzemią sobie w szafce, używane tylko wtedy, gdy ktoś do nas przyjedzie. Japonki, nie wydeptane chodzeniem po domu, czekają sobie na lato. Wtedy ubiorę je, gdy będę wychodziła na ulicę. Po domu chodzę boso.

Boso w „grono.net”

Chodzę boso i dotąd było to dla mnie oczywiste. Nie myślałam, że kiedykolwiek zdarzy mi się o tym szeroko dyskutować, czy o tym pisać. Tak było do czasu, gdy w portalu „grono.net” natrafiłam na grono chodzących boso. Może nawet bym się nim bliżej nie zainteresowała, gdyby nie fakt, że właśnie przed komputerem siedziałam na bosaka.
Gdy zaczęłam wczytywać się w to forum, szybko zauważyłam, że jest ono zupełnie inne, niż fora dyskusyjne w których już wcześniej brałam udział. Tu jest sympatycznie, a wszystkie dyskusje toczą się w miłej, przyjacielskiej atmosferze. To nie to, co dzieje się np. na forum poświęconym motoryzacji. Tam górę biorą emocje. Wielu tak zaciekle broni swych racji że od czasu do czasu nie omieszka komuś innemu „dokopać”. Zapisałam się.
Tej serdeczności ze strony „bosochodzacych” od razu doświadczyłam. Otrzymałam bardzo miły e-mail powitalny od Olka, lidera warszawskich bosonogich, a zaraz potem od członków grupy krakowskiej. To właśnie Olek namówił mnie, bym coś o sobie napisała. A zatem piszę.

Bosa żona i mama

Mam 38 lat, z wykształcenia jestem ekonomistką, z zawodu dyrektorem handlowym. Od 16 lat jestem szczęśliwą mężatką, od 15 lat mamą bliźniaków – Moniki i Mateusza. Jesteśmy rodziną o bardzo silnej więzi wewnętrznej. Zawsze staramy się jak najwięcej ze sobą przebywać, dużo rozmawiamy, razem dzielimy nasze smutki i radości. Często też razem podróżujemy, czy to w czasie wakacji, w bardzo odległe nieraz strony, czy to w weekendy, kiedy zawsze staramy się wyrwać gdzieś za miasto. Ale o tym dalej…
Moje dzieci chętnie chodzą boso po domu. Córcia, podobnie jak ja – zawsze. Syn często, lecz niekiedy w samych skarpetkach. Mąż nie jest amatorem chodzenia boso. Owszem, latem gdy w domu panuje gorąc, to tak. Częściej jednak można go zobaczyć w klapkach, których używa jako pantofli.
Jak to w wielu domach bywa tak i w naszym domu centralne miejsce stanowi kuchnia. Tutaj koncentruje się nasze życie rodzinne. To tu można spotkać całą naszą czwórkę razem: bosa mama, na bosaka dzieci i tata – czasem boso, a czasem w klapkach. Do kuchni schodzimy się nie tylko na posiłki. Przyjemnie wieczorem usiąść razem przy herbacie i rozkoszować się ciepłem emanującym w stopy od podgrzewanej podłogi.

Boso za kierownicą

Samochody zawsze były moją wielką pasją. Uwielbiam prowadzić samochód i robię to już od czasów liceum. Ogromną radość sprawia mi, gdy mogę zapakować moją rodzinkę do naszej Corolki i powieźć ją gdzieś przed siebie.
Jestem bowiem „kierowcą rodzinnym”, głównym użytkownikiem samochodu w domu. Mąż mój, choć uzyskał kiedyś prawo jazdy, nigdy nie był miłośnikiem prowadzenia auta. Za to bardzo lubi jeździć jako pasażer, gdy kierownicę w dłoniach trzyma żona
Wkrótce po tym, jak samodzielnie zaczęłam jeździć samochodem miałam okazję wypróbować, jak przyjemnie prowadzi się go na bosaka. Wybrałam się gdzieś samochodem, bardzo zależało mi na wyglądzie i nałożyłam buty niezbyt nadające się do kierowania autem. Gdy po kilku „szarpanych” ruszeniach i zbyt gwałtownych hamowaniach zrzuciłam je, od razu poszło mi lepiej. Stopy, przywykłe do chodzenia boso, szybko zaprzyjaźniły się z pedałami Łady, którą wtedy posiadałam. Tak znalazłam sposób na buty być może wygodne do noszenia, ale nienajlepsze do auta. A że latem z uwielbieniem noszę klapki, więc szybko przyzwyczaiłam się do jazdy na bosaka. Od tej pory gdy tylko usiądę za kierownicą, jedną z pierwszych czynności jest zdjęcie butów. W zimowe miesiące, kiedy jechać boso po prostu się nie da, zakładam na stopy skórkowe pantofle, takie domowe, z futerkiem w środku.
Boso jeździ się fantastycznie. Bardzo lubię, gdy karbowane nakładki na pedałach masują mi podeszwy stóp, co działa na mnie relaksująco, a gdy wypadnie mi jechać nocą ? wspaniale odpędza senność.
Dzieci bardzo lubią jeździć ze mną. Nie raz mi to powtarzały, że najfajniej jedzie się samochodem, gdy za kierownicą siedzi mama. Bosonoga mama.

Boso w plenerze

Rodzinne wycieczkowanie należy do naszej tradycji. Gdy tylko sprzyja temu aura, w wolne od pracy i nauki dni staramy się wyrwać gdzieś za miasto. Czasem są to wyjazdy do ciekawych miejsc, dokąd jedziemy sobie coś pozwiedzać, a czasem krótsze wypady na łono natury, będące znakomitą okazją by pospacerować boso. Mamy nasze ulubione, rozpoznane już miejsca do takich bosych spacerów.
Inicjatorką byłam oczywiście ja. Przed kilku laty zawiozłam rodzinę nad brzeg Wisły. Ciepła wiosna wybujała właśnie w całej pełni. Wokół nas było tak pięknie, zielono… I do tego młoda trawka na ścieżce. Zaproponowałam wszystkim zdjęcie butów. Dzieciaki zrobiły to natychmiast. Nawet mąż się nie opierał. Odtąd takie spacery na bosaka weszły do naszych zwyczajów.
Ostatniego lata nie mieliśmy zbyt wielu okazji, by pospacerować całą rodziną. W większość sobót mój pracowity małżonek musiał wpadać na 3 ? 4 godzin do pracy. Nie pozostało mi nic innego, jak pojechać i pospacerować z dziećmi. Ale i tak było bardzo miło. Obejmowaliśmy się za plecami, mama w środku, po bokach dzieci i szliśmy.
Byle przed siebie, byle dalej. Monisia wymyśliła zabawę, którą oboje z Mateuszkiem też podchwyciliśmy. Polegała ona na rozchylaniu palców stóp przed postawieniem kroku i łapaniem między nie źdźbeł trawy. I bardzo dużo z sobą rozmawialiśmy…
Kiedy dzieci wyjechały na pierwszą część wakacji, popołudniami mieliśmy z mężem więcej czasu dla siebie. Zawsze prosto z pracy jadę zabrać męża z pracy i gdy nie chciało nam się od razu wracać do domu, też jechaliśmy pospacerować. Przypuszczam, ze dla przypadkowego obserwatora (zdarzali się czasem wędkarze) musiało to wyglądać komicznie: kobieta w średnim wieku, w gustownej garsonce i pan z podwiniętymi nogawkami jeansów idą sobie ścieżką boso.

Boso na wakacjach

Mój pierwszy małżeński urlop (a właściwie jeszcze studenckie wakacje) był wyjątkowy. Nie tylko dlatego, ze pierwszy, spędzony z moim nowopoślubionym, bo to jest oczywiste. Wyjątkowość tego urlopu polega na tym, że od wyjazdu z domu na wyspę Wolin, do powrotu, ani przez moment nie miałam butów na nogach. Przez całe dwa tygodnie! Częściowo przyczynił się do tego fakt, że byłam wtedy w ciąży i miałam nabrzmiałe stopy, niemniej dziś trudno mi sobie wyobrazić, jak tego wtedy dokonałam.
Mimo że byłam ciężarną, zdecydowałam się pojechać na ten urlop samochodem, mając świadomość, że będę musiała go prowadzić sama. Mąż optował za jazdą pociągiem, lecz postawiłam na swoim. Byłam w znakomitej formie, a całą ciążę przechodziłam w pogodnym nastroju.
Całą 700-kilometrową trasę pokonałam oczywiście na bosaka. Nawet tankując samochód na stacjach benzynowych czy zatrzymując na posiłki w przydrożnych zajazdach nie obarczałam się ubieraniem klapek. I nie obarczyłam się przez cały pobyt w Dziwnówku. A czas spędzaliśmy nie tylko na nadmorskim piasku (to akurat w moim stanie nie byłoby wskazane). Dużo jeździliśmy po okolicy. Na bosaka spacerowałam po ulicach Świnoujścia. No ale cóż ? miałam wtedy 22 lata…

Stałam się członkinią grona „Boso po świecie”. Po lekturze wielu postów przekonałam się, jak różne są powody do chodzenia boso. Jedni chodzą, bo lubią być oryginalni, inni – by zadziwiać, jeszcze inni – bo jest to dla nich wyzwaniem. Ale większość z nas, mnie nie wyłączając mnie, chodzi boso bo po prostu lubi. Bo – jak mówi sentencja grona – boso jest fajnie!