Serwis boso.waw.pl szuka bosochodzących do współpracy.

Jeżeli chcesz razem współtworzyć stronę, wystarczy się zarejestrować na forum.
Zakres i tematyka współpracy:
- tworzenie artykułów (w formie poradnika) na podstawie własnych bosych doświadczeń
- przesyłanie własnych bosych historii.
- opracowanie bosych tras w Waszych miastach -uwzględniając przy tym rodzaje podłoża
- tłumaczenia serwisu

Sugestie mile widziane.
Współpraca może być jednorazowa lub stała.

 

Strona główna

Stopy bez butów są źródłem radości ? czyli bose życie Andrzeja

Rozpoczynamy nowy cykl:Opowieści osób ktore żyją boso.

Urodziłem się boso i… tak mi już zostało. Buty zakładałem tylko wtedy, gdy byłem do tego zmuszony, albo gdy czułem się zmuszony przez okoliczności. Niestety zdarzało się to znacznie częściej, niż bym chciał.
Dzieciństwo przypadło na szczęście na okres, kiedy uważano za normalne, że latem dzieci biegają boso.

 

Czekałem co roku z niecierpliwością, aż mama zdecyduje, że jest już dostatecznie ciepło, i żegnałem się z butami do jesieni. Nie całkiem, bo w niedzielę trzeba było je założyć. Trzeba też było wkładać je do szkoły. Były nieliczne, biedne dzieci, które przychodziły do szkoły boso, a ja im zazdrościłem i byłem zły, że mi nie pozwalają. Ze szkoły wracałem już boso, bo mieszkałem za miastem i droga biegła przez pola. Dziś w miejscu moich bosych powrotów stoją zakłady produkujące soki i dżemy. Gdy piję sok z butelki z napisem TARCZYN, zawsze przypomina mi się ścieżka wśród zbóż deptana bosymi stopami.
Później przeprowadziliśmy się do miasta znanego z bardziej „procentowych” napojów. Bose powroty ze szkoły się skończyły, ale pozostały bose spacery na działkę, czy nad rzekę. Zwykle z domu wychodziłem w butach, które zdejmowałem zaraz po wyjściu z miasta, i często nie chciało mi się ich założyć wracając. Nie byłem w tym bardzo odosobniony; podczas wakacji spotykałem bosych szkolnych kolegów nad Pilicą, a nieraz i w mieście. Po łąkach nad Pilicą i po lesie przeważnie wędrowałem boso. Jadąc rowerem też często wrzucałem buty na bagażnik.

Podczas studiów w stolicy czułem się zmuszony chodzić w butach, ale zdarzały się bose epizody. Przede wszystkim jednak odkryłem wtedy japonki, które dawały namiastkę chodzenia boso, a nikt nie mógł się czepiać, że jestem bez butów. Ówczesne japonki były marnej jakości; paski szybko się urywały, co dawało pretekst do bosego spaceru z japonkami w ręku. Chodzenie boso po Warszawie było dla mnie kłopotliwe z dwóch powodów: bosych kojarzono wtedy z hippisami, a ci, jako amerykański import i z powodu anarchistycznych skłonności, byli podejrzanym elementem dla milicji; na stancji nie było łazienki i mycie brudnych stóp po każdym spacerze było kłopotliwe. Bose spacery po Warszawie zdarzały się więc sporadycznie, natomiast gdy tylko było to możliwe, wyskakiwałem na bose wycieczki poza Warszawę: w dolinę Świdra, nad Wkrę do Pomiechówka, do Kampinosu. Zwykle zdejmowałem buty wysiadając z autobusu czy pociągu, ale zdarzało mi się też wyruszać boso od razu z domu, z centrum Warszawy, więc jechałem boso autobusem, tramwajem, czy pociągiem i nie przypominam sobie, by ktoś otwarcie miał mi to za złe. Prawdopodobnie bardziej ograniczałem sam siebie, niż było to rzeczywiście uzasadnione, ale z natury jestem nieśmiały i nie lubię zwracać na siebie uwagi.

W pamięci pozostał mi wyjazd nad Świder gdzieś w marcu, gdy nagle zrobiło się ciepło. Przyjemnie szło się po nagrzanej suchej trawie, ale starorzecze obok Świdra było wciąż pokryte lodem. Postanowiłem poślizgać się boso po lodzie. Ponieważ był on po drugiej stronie, musiałem najpierw przejść w bród przez lodowatą wodę. To wtedy chyba przekonałem się, że boso po lodzie leży w granicach moich możliwości bez szkody dla zdrowia.

Pierwsza praca w Olsztynie stworzyła nowe bose możliwości. Nie sama praca, ale przeprowadzka do Olsztyna. Chociaż bardzo mnie kusiło, by w pracy chodzić czasem boso, uważałem, że jako początkujący pracownik nie powinienem zanadto się wygłupiać. Na szczęście japonki były tolerowane i wydaje mi się, że niektóre seanse jednak prowadziłem boso korzystając z ciemności i z tego, że japonki łatwo się zdejmują.
Najważniejsze jednak było mieszkanie niedaleko jeziora. O wolnych sobotach jeszcze wtedy nikt nie słyszał i wolnego było jak na lekarstwo, więc wpadłem na pomysł, że nad jezioro idę rano, przed pracą, oczywiście boso. Popływałem trochę, wracałem, zakładałem buty i do roboty. I tak było niemal codziennie, mimo że robiło się coraz chłodniej. Pewnego ranka zobaczyłem szron na trawie, ale tylko cieplej się ubrałem i poszedłem. Na jeziorze zobaczyłem lód przy brzegu. Odepchnąłem taflę lodu, wykąpałem się i wróciłem zadowolony z pokonania kolejnego wyzwania.

To właśnie w Olsztynie zobaczyłem człowieka jadącego przez miasto boso rowerem turystycznym. W pierwszym rzędzie taki rower był moim marzeniem, ale postanowiłem, że jak już go kupię, to będę jeździł boso. I tak się stało, ale dopiero po przeniesieniu się do Fromborka.
We Fromborku przyjąłem regułę, że jako człowiek poważny, żonaty, wkrótce dzieciaty, po mieście boso nie chodzę (od każdej reguły bywają wyjątki). Ale taką samą regułą było, że gdy wychodzę poza miasto, buty wędrują do torby. Podobnie podczas jazdy rowerem; zwykle buty zdejmowałem po wyjechaniu za miasto i zakładałem przed wjechaniem do miasta. Reguła dotyczyła tylko Fromborka; przez inne miasta jeździłem boso. Tam mnie nie znali.

Zanadto poważny nie byłem. Latem chodziłem do pracy w japonkach, które chętnie „gubiłem”, gdy robiło się gorąco, ale starałem się, by publiczność tego nie zauważała. Był okres, kiedy japonki zrobiły się niemodne i bardzo trudno było je kupić. Obiecywałem sobie, że jeśli nie uda mi się ich kupić, będę latem chodził boso, ale zawsze gdzieś jakieś znalazłem. Z młodzieżą, która przyjeżdżała na Wakacje w Planetarium, pracowałem już boso i miałem nadzieję, że mój przykład będzie zaraźliwy. Rzeczywiście objawiło się trochę miłośników bosych wycieczek, zdarzały się bose pokazy plam słonecznych przez teleskop, ale większość była jednak przywiązana do butów.

Korzystając z tego, że zwłaszcza na północy Polski w lipcu bardzo wcześnie robi się widno, wybrałem się kiedyś na poranną wycieczkę z młodym małżeństwem, które przyjechało pomagać w planetarium. Las był bajkowy: promienie słońca dające smugi między drzewami, rosa i poziomki. Ona natychmiast zdjęła buty, on nie, chociaż rosy było tak dużo, że wkrótce w butach mu chlupało. Wróciliśmy boso do Fromborka i swoim zwyczajem zacząłem zakładać buty. Ona się zdziwiła: po co? I wtedy zrobiło mi się głupio. Coś tam mruknąłem, że ludzie patrzą, ale wiedziałem, że to co robię, jest bez sensu, i zazdrościłem tej dziewczynie, że nie ma takich problemów. Co prawda nie była miejscowa.

Innym razem wyjechaliśmy z grupą młodzieży nad jezioro, kilkanaście kilometrów od Fromborka. Udało się dojechać pociągiem tak, że pieszo był tylko kilometr, ale z powrotem trzeba już było przejść kilka kilometrów do pociągu. Dziewczyny postanowiły, że wracają boso. Udało się złapać po drodze „okazję”, więc nie musieliśmy pokonać całej drogi pieszo. Spodziewałem się, że na dworcu założą buty, ale nie: wsiedliśmy boso do pociągu, dojechaliśmy do Fromborka i wróciły boso do namiotów. Okazało się, że nie chciały sobie brudzić butów, ale po umyciu nóg następnego dnia już elegancko paradowały w butach. Różne są więc motywacje do chodzenia boso.

Najszybciej złamałem swoją regułę jeżdżąc nad morze. Frombork jest niestety oddzielony od morza Zalewem Wiślanym, więc nad morze trzeba dopłynąć statkiem przez Zalew, albo dojechać autobusami wokół Zalewu. Doszedłem do wniosku, że skoro na plaży butów nie potrzebuję, to taszczenie ich ze sobą tylko na drogę do i z plaży nie ma większego sensu. I zaczęły się bose wyjazdy na plażę. Któregoś razu czekała mnie jednak niespodzianka. Nie przyszło mi do głowy, że gdy temperatura powietrza wynosi 36 stopni (raz się zdarzyło), to chodzenie po piasku może być problemem. Na plażę dotarłem bez trudności, ale gdy po południu chciałem z niej zejść, piasek parzył tak, że nie wytrzymałem i cofnąłem się do wody. Butów nie było, do wieczora czekać nie mogłem, bo nie miałbym czym wrócić? Wpadłem na pomysł, że wejdę do wody w ubraniu, ochłodzę się maksymalnie i przebiegnę przez piasek. Miałem na szczęście długie spodnie i woda z nich cieknąca chłodziła trochę nogi na najgorszym odcinku, zanim dotarłem pod drzewa. Stopy trochę przypiekłem, ale nie poparzyłem i pozostało zabawne wspomnienie.

Później spróbowałem pojechać boso do Olsztyna. Najtrudniejszy był początek, gdy stałem boso na przystanku czekając na autobus, a ludzie przechodzili i się przyglądali. Potem nie było problemów, a w Olsztynie zdziwili się, ale pozytywnie, traktując to jako wyczyn, a nie coś nagannego. W Olsztynie miałem możliwość korzystania z pokoju gościnnego, co wykorzystywałem wyruszając od razu boso przez miasto nad jezioro. Wpadłem też na pomysł skracania sobie spaceru nad silnie rozczłonkowanym jeziorem przepływając przez cieśninę na drugą stronę, by nie obchodzić zatoki. Oczywiście było to możliwe podczas upalnego lata, gdy skąpe ubranie szybko wysychało. Ogromną zaletą chodzenia boso była dla mnie możliwość łatwego wejścia do wody i wyjścia z niej, co chętnie wykorzystywałem nawet przy niezbyt sprzyjającej pogodzie.

Bosy spacer po Elblągu był nieplanowany. Pojechałem rowerem wymienić w nim przerzutkę, bo się zęby w tarczach pościerały (kilkanaście tysięcy kilometrów). Miało to potrwać z godzinę, więc stwierdziłem, że spokojnie przejdę się do bankomatu po pieniądze. Butów nie brałem, bo blisko. Okazało się jednak, że bankomat nie działał, a do następnego był spory kawałek. Poszedłem. Niektórzy się za mną oglądali, ale było fajnie.

Stopy bez butów są dla mnie zawsze źródłem radości. Czuję swobodę i czuję, że robię coś niezwykłego, a to też mnie bawi. Wydawałoby się, że z takim nastawieniem powinienem cieszyć się z każdej okazji do chodzenia boso, ale jednak, gdy taka sytuacja jest zaskoczeniem, czuję się niepewnie. Tak było, gdy wybrałem się do Władysławowa odwiedzić przyjaciół wypoczywających nad morzem. Pojechałem w japonkach, ale gdy tylko wysiadłem z pociągu, urwał się pasek i japonki były do wyrzucenia. Powinienem się cieszyć, ale perspektywa całego dnia boso bez awaryjnych klapek raczej mnie wystraszyła. Do przyjaciół doszedłem boso z tak niepewną miną, iż zaproponowali, że może pójdziemy do sklepu po jakieś klapki. Wtedy jednak obudziła się moja ambicja i stwierdziłem, że potrafię chodzić boso i dam sobie radę. Lepiej oczywiście czułem się na plaży, ale i w mieście i w restauracji i w powrotnym autobusie nie było problemów. Kłopot był w Trójmieście, bo autobus tak się wlókł, że nie zdążyłem na autobus do Fromborka, ale zamiast siedzieć i czekać na następny, odważyłem się jeszcze pojechać kolejką do Sopotu i pójść nad morze. Wtedy właśnie odkryłem, że niektóre miejsca w wagonie są ciepłe. Zapewne te nad silnikiem.
Szczególne miejsce w mojej bosej historii zajmuje Roztocze. Od dawna chciałem zobaczyć wodospady na Tanwi, ale jakoś się nie składało. I wreszcie stał się cud: poznałem właściciela Zagrody Guciów, który zaprosił mnie do siebie, bo znalazł meteoryt. Stwierdziłem, że w starej chłopskiej zagrodzie nie będę przecież chodził w butach. Wizyt było jeszcze kilka i za każdym razem zwykle zdejmowałem buty po drodze i podczas całego pobytu ich nie zakładałem. Miejscowi się przyzwyczaili i pewnie gdybym przyjechał w butach, zaniepokoiliby się, czym nie chory.

Pamiętam spotkanie miłośników meteorytów tamże pod koniec kwietnia. W dzień słońce pięknie grzało, ale w nocy chwycił mróz i rano wszystko było pięknie oszronione. Wyszedłem na wycieczkę boso z duszą na ramieniu. Słońce świeciło, ale do doliny Wieprza jego promienie jeszcze nie docierały. Ziemia była zmrożona i byłem prawie pewien, że tym razem przesadziłem i odmrożę sobie nogi. Chwilami traciłem czucie w palcach, ale potem wracało, więc czułem się coraz pewniej. W końcu dotarliśmy do leśnej polany oświetlonej już słońcem, gdzie cały szron zamienił się w rosę. To była rozkosz brodzić w mokrej trawie, zimnej, ale znacznie cieplejszej od zmrożonej ziemi. Ludzie w butach nie wiedzą, co tracą.
Na Roztoczu zima jest porządna, a wiosna zawsze dociera z pewnym opóźnieniem. Podczas innej wizyty było już całkiem ciepło i postanowiliśmy pojechać do rezerwatu Czartowe Pole. Pewny siebie wszedłem na ścieżkę prowadzącą wzdłuż potoku i? włosy stanęły mi dęba. Ścieżka była pokryta lodem. Już widziałem siebie z odmrożonymi, albo połamanymi nogami, bo było dość stromo, a bose stopy po mokrym lodzie jadą równie dobrze jak łyżwy. Ale opanowałem panikę i powoli, czepiając się każdego drzewa, zsunąłem się na dół. Na szczęście płaty lodu miały przerwy, no i nie doceniałem swoich stóp, które wcale nie zamierzały szybko się odmrażać. Dalej było już mniej zalodzonych miejsc, wszedłem nawet do potoku, który był trochę cieplejszy od lodu, a na koniec, po wyjściu na górę, z rozkoszą pomaszerowałem po nagrzanej już słońcem piaszczystej drodze.

Po zdeptaniu bosymi stopami Roztocza nabrałem ochoty na wyższe góry. Dotąd dawałem sobie wmawiać, że w góry trzeba mieć porządne buty, i w Tatry chyba boso nie będę się pchał, ale z drugiej strony górale noszą przecież kierpce, które wiele od bosych stóp się nie różnią. Uznałem, że po Beskidach można spróbować boso. Początek był zabawny, bo na Skrzyczne w Szczyrku wjechałem wyciągiem w japonkach cały czas bojąc się, że mi spadną i jak wjechałem, to je zdjąłem. Na górze było raczej płasko i wycieczka szlakiem turystycznym niewiele różniła się od wędrówek po Roztoczu poza tym, że widok był rozleglejszy. Z powrotem zjeżdżałem wyciągiem już na bosaka.

Ponieważ taka wycieczka na zaspokoiła moich ambicji, wyruszyłem z przyjacielem na przyzwoitą wycieczkę pod górę. Przyjaciel miał porządne buty, więc trudniej mu się szło, bo dźwigał dodatkowy ciężar. W rezultacie musiałem na niego czekać. Było pochmurno i dość chłodno; na górze w schronisku termometr pokazywał 12 stopni, ale dla mnie wydawało się, że jest ciepło, nawet boso. Bałem się, że w schronisku uznają mnie za wariata, ale nie zauważyłem większego zainteresowania moim modelem ?obuwia? turystycznego. Zejście też nie sprawiło trudności poza koniecznością uważania na szkła w końcowej części. Przekonałem się, że chodzenie po Beskidach boso jest o wiele przyjemniejsze niż w butach.
Pewnego dnia, przed wyjściem rano do pracy, słuchałem jak zwykle Trójki i nagle usłyszałem, że mówią coś o ludziach spacerujących boso po Warszawie. To był szok. Przyzwyczaiłem się już do swojej bosej samotności, a tymczasem okazało się, że nie jestem sam. Wkrótce udało się nawiązać kontakt i to był przełom. Chociaż fizycznie nadal byłem sam, zyskałem odwagę do poszerzania terenu bosych wędrówek i wydłużania ich czasu, bo miałem świadomość, że nie jestem sam; że są inni o takich samych upodobaniach. Że można się z nimi skontaktować i pochwalić bosymi osiągnięciami.

Dotąd urządzałem sobie od czasu do czasu dzień bez butów, wyjątkowo kilka dni. Od czasu do czasu pokazywałem się boso w pracy, próbując: będą krzyczeć, czy nie. Szef widział, ale nic nie mówił. Wreszcie postanowiłem zobaczyć, jak długo uda mi się funkcjonować bez butów. Zacząłem od końca lipca. Pierwsze, co sobie uświadomiłem, to że chętniej idę do pracy i mniej się denerwuję. Może też dlatego, że będąc boso staram się unikać dyskusji z niezadowolonymi z jakiegoś powodu widzami, a jeśli do niej dochodzi, to staram się łagodzić sprawę mając świadomość, że będąc boso byłbym śmieszny próbując przeprowadzić coś siłą. Boso oznacza pokorę.

Byłem mile zaskoczony, że nie było negatywnych reakcji, a nawet było trochę miłych rozmów. Trochę to było zabawne, że więcej było pytań o bose stopy niż o problemy astronomiczne, ale właściwie jest to logiczne, bo bardziej zwracamy uwagę na stopy, niż na niebo. Jestem pewien, że dużo pomógł program Cejrowskiego. Dla ludzi, którzy widzieli, że w telewizji występuje bosy facet, zobaczenie innego bosego faceta w planetarium nie było już tak szokujące.

Ku swojemu zaskoczeniu dochodziłem w ten sposób do listopada. Nie pamiętam już z jakiego powodu po trzech miesiącach założyłem klapki; chyba musiałem gdzieś wyjechać. Przedtem jednak była jeszcze jedna przygoda. Zdarza się, że długotrwały silny wiatr z północy wpycha wodę z Bałtyku do Zalewu Wiślanego i wtedy we Fromborku Zalew wylewa się do miasta, a na Żuławach jest powódź. Zalało kilka ulic położonych najbliżej Zalewu i postanowiłem to zobaczyć. Zdając sobie sprawę, że 5 stopni ciepła przy huraganowym wietrze to nie żarty, założyłem wszystkie najcieplejsze rzeczy z wyjątkiem butów. I znów było to fantastyczne uczucie robienia czegoś, co wszyscy uważają za niemożliwe. Powędrowałem przez zalane wodą ulice na plażę, też miejscami pod wodą, i na molo, normalnie sterczące metr nad wodą, a teraz równo z poziomem wody, tak że fale łagodnie nań wpływały. Byłem trochę rozczarowany, że nie ma bryzgów fal rozbijających się o molo. Niestety huraganowy wiatr i padający poziomo deszcz sprawiły, że wytrzymałem tylko pół godziny. I nie przeziębiłem się, czego wszyscy oczekiwali.
Po dyskusjach na gronie stałem się odważniejszy także zimą. Próbowałem chodzić boso po śniegu od kiedy wyjechałem z rodzinnego domu i mama nie mogła zaprotestować, ale zawsze były to dość krótkie spacery, bo szybko marzły mi stopy i bałem się odmrożenia. Moja odporność na zimno zwiększyła się jednak, gdy zacząłem próbować chodzić zimą w sandałach i bez skarpet. Okazało się, że jest to możliwe, byle nie wchodzić w głęboki śnieg, a w rezultacie mogę dłużej chodzić po śniegu boso. Ostatnio spróbowałem całą zimę przechodzić w japonkach. Zima okazała się ostra i naprawdę byłem zaskoczony, że się udało. Śnieg był we Fromborku systematycznie sprzątany, a jak czasem zdarzały się miejsca z głębszym śniegiem (pod koniec zimy nie było już gdzie go odgarniać), to po prostu zdejmowałem japonki i przechodziłem przez głęboki śnieg boso.

Czasem zastanawiam się, jak niewiele potrzeba do szczęścia, skoro sama tylko możliwość obywania się bez butów sprawia, że czuję się szczęśliwy. Mam jednak wrażenie, że pomaga w tym poczucie wyjątkowości i niezwykłości, zwłaszcza w sytuacjach zimowych. Gdyby wszyscy dokoła chodzili boso, przyjemność byłaby chyba nieco mniejsza, choć z drugiej strony nie byłoby obaw, że się ktoś będzie czepiał. Gdybym mógł chodzić boso będąc niewidzialnym, byłbym jednak chyba równie szczęśliwy.